W BORACH NIEMODLIŃSKICH

SAMSUNG

Leżąca na biurku komórka odezwała się sygnalizując odebranie SMS-a, to Łukasz przesłał obrazek pięknego byka, którego odszukali z Docentem po 24 godzinach od postrzału. Oddzwaniam i słucham o zbiorówce zakończonej obfitym pokotem ale i kilkoma postrzałkami. Słucham relacji z poszukiwania Byka ze zdjęcia i mam coraz większą ochotę wziąć udział w podobnych łowach jako przewodnik posokowca. W którymś momencie wtrącam do rozmowy „słuchaj może przyjechałbym z Nutą pomóc w podobnym polowaniu”, Łukasz bez wahania zaprasza na dewizówkę, którą jego macierzyste Koło organizuje dla myśliwych z Danii, proponuje także nocleg u siebie w domu. Moja ukochana żona na wieść o planie, który wygląda następująco: czwartek 20:00 wyjazd, piątek 22:00 powrót, w sumie do przejechania 450 km a w trakcie cały dzień spędzony w lesie, kiwa z politowaniem głową ale ostatecznie daje swoje błogosławieństwo. Jak zwykle nie udaje mi się wyjechać o czasie i na odludzie nad Odrą trafiam około pierwszej w nocy, na szczęście gospodarze jeszcze nie śpią, szybka kolacja i idziemy spać, jutro z samego rana ruszamy do lasu. Przez pierwszą część dnia nie ma postrzałków, sprawdzamy z Łukaszem kilka pudeł i to wszystko, po przerwie obiadowej jest zgłoszone postrzelone cielę. Na zestrzale masa farby, widać że cielak upadł ale pozbierał się i ruszył przed siebie. Łukasz proponuje abym to ja go poszukał. Uzbrajam więc Nutę w GPS i ruszamy. Początkowo mnóstwo farby, wydaje się że cielę będzie leżało za kilkadziesiąt metrów. Im dalej, tym posoki coraz mniej, cały czas się jednak pojawia, co kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. Po około 20 minutach poszukiwań Łukasz zostaje wezwany do kolejnego postrzałka, ruszamy dalej sami, cielę przechodzi przez niewielką rzeczkę Wytokę, po przejściu około kilometra przekracza dukt na którym do niego strzelano, na błotnistym podłożu widać, że idzie razem z łanią. Po minięciu duktu jelenie zaczęły kluczyć, farby już prawie nie widać ale czuję że Nuta ciągnie coraz mocniej, jelenie musiały się tu zatrzymać co pozwoliło nam się do nich zbliżyć. Nie ma jednak łoża, nie mogę też znaleźć farby i chociaż jestem pewien że Nuta idzie dobrze, zanim puszczę ją w gon chciałbym zobaczyć choć jedną czerwoną kropelkę. Wypatruję śladów posoki na sporej kępie jasnego mchu, do której się zbliżamy, Nuta już dawno przeszła przez mszysty dywanik, który pod moim ciężarem się rozstępuje i więzi mnie po pas w błocie. Dobrą chwilę trwa zanim udaje mi się wygramolić z gęstej breji ale w końcu podejmujemy pracę i idziemy dalej. Patrzę na ekran Garmina, mamy za sobą dwa kilometry tropu a przed sobą….. czerwoną tablicę z napisem „REZERWAT ZŁOTE BAGNA”. Zamiast czerwonej kropelki, czerwona tablica, która nie pozostawia wątpliwości, dalej pies musi pracować samodzielnie. Puszczam Nutę w gon i już po chwili słyszę jak głosi, zerkam na wyświetlacz, odległość do psa 190 metrów, zaczynam podchodzić na 150m, 100m, nadal nic nie widzę, pies trzyma postrzałka w miejscu za pasem trzcin, które już dostrzegam. Podchodzę na 40 metrów, przed sobą mam mszar, za którym rozrasta się trzcinowisko. Dywan z mchu ugina się pod naciskiem stopy, która wzbudza falę rozchodzącą się w stronę trzcin, zielony kobierzec cały faluje. Próbuję obejść niebezpieczny grunt i w tym właśnie momencie słyszę chlupot wody, po chwili nie słyszę głoszenia, spoglądam na Garmina, Nuta wraca. Po krótkiej chwili przekonuję się że nie uda mi się wejść dalej, dociera do mnie, że mimo iż było tak blisko, tym razem nie dane nam będzie zakończyć pracy sukcesem, pies nie da rady przytrzymać bronionego przez łanię cielaka w tak trudnym terenie, terenie na który ja dodatkowo nie mam szans wejść. Zaczyna powoli zmierzchać, jesteśmy poza zasięgiem telefonii komórkowej, jedyne sensowne wyjście, to wracać do miejsca, z którego rozpoczęliśmy pracę. Na szczęście baterie w GPS-ie mają jeszcze duży zapas energii. Gdy wychodzę na zestrzałowy dukt, od razu dostrzegam stojące nieopodal auto, to tato Łukasza czeka na nas. Jedziemy razem na miejsce uroczystego pokotu, łanie, dziki i kozy już spoczywają na świerczynie przy rozpalonych pochodniach, zaczyna się ceremonia zakończenia polowania. Wszyscy z którymi rozmawiam, zgodnie przyznają, że bagna na które wyprowadziła postrzałka łania, są matecznikiem do którego człowiek nie ma wstępu. Mimo to pozostaje niedosyt, przecież było tak blisko, pytam więc Łukasza pół-żartem, pół-serio, kiedy następne polowanie. W odpowiedzi słyszę całkiem poważne zaproszenie, zaprzyjaźnione, sąsiednie koło organizuje za 10 dni dewizówkę dla Szwedów, a więc do zobaczenia niebawem…

Wstajemy o szóstej, szybkie śniadanie i ruszamy w knieję. Po nocnym deszczu nie ma już śladu, poranny przymrozek i bezchmurne niebo zapowiadają słoneczną pogodę. Na miejscu jest już Michał z gończakami. Po sprawnej odprawie łowcy i podkładacze ruszają na polowanie, my z Łukaszem czekamy z miejscowymi myśliwymi na rozwój wydarzeń. Już pierwszy miot, znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie leśniczówki, tzw. „Druciak” budzi nadzieje na obfity pokot. Padające kolejno strzały potwierdzają mnogość zwierzyny. Po oziminie, pod ścianą lasu sadzi piękny byk, po chwili ponownie kryje się w lesie, strzały nie ustają. Po zakończonym miocie zostajemy wezwani do pracy. Jest farbujący byk, do sprawdzenia strzał do byka i kolejny strzał do dzika. Łukasz podąża na sfarbowany trop byka, my natomiast sprawdzamy dwa strzały budzące wątpliwości. Zaczynamy od tropu dzika, z relacji wynika, że jest to pojedynczy przelatek. Nuta ochoczo podejmuje świeży trop i pewnie prowadzi, po około sześciuset metrach nie stwierdziwszy potwierdzenia przyjęcia kuli, postanawiam sprawdzić strzał do byka. Podążamy szerokim leśnym duktem do miejsca w którym ma być zaznaczony trop strzelanego jelenia, drzewostan jest dość rzadki więc z daleka dostrzegam pozostawiony znak, jednak Nuta jakieś 20 metrów przed znacznikiem ostro schodzi z duktu i zaczyna mocno iść po tropie, daję jej szansę i po około 100 metrach widzę na jasnych, leżących trawach farbę, jest bardzo ciemna, śluzowata. Tak więc mamy potwierdzenie, byk przyjął kulę, zaznaczam w Garminie miejsce i idziemy dalej. Nuta prowadzi pewnie, widzę że trzyma trop, przechodzimy przez świeże uprawy, wyrośnięte młodniki i w końcu linię dawnej kolejki wąskotorowej za którą dostrzegam 2 krople posoki. Znaczę je w urządzeniu i zerkam na wyświetlacz byk zatoczył półkole i kieruje się dalej prosto, wraca do swojej ostoi, od ostatniej farby przeszliśmy już kilometr. W tym momencie dzwoni Łukasz informując, że szukając swojego byka, dotarli do miejsca, w którym my zaczęliśmy pracę, wynika z tego, że idziemy za tą samą sztuką, kończą więc i jadą szukać kolejnego postrzałka. My ruszamy dalej, przed nami pojawia się niewielki ciek wodny, na tyle szeroki, że nie jestem go w stanie przeskoczyć. Nuta jest już po drugiej stronie rowu, rzucam komendę „stój”, pies zatrzymuje się i patrzy na mnie, szukam wzrokiem najbliższej przeprawy, jakieś dwadzieścia metrów w lewo dostrzegam wystający z wody kawałek pnia, podchodzę do niego i badam stopą, pniak okazuje się stabilnym oparciem, które pozwala suchą nogą przejść na drugi brzeg. Wracam do Nuty podnoszę otok i ruszamy dalej. Trop prowadzi przez wysoki, rzadki drzewostan liściasty. Słońce zaczyna mi świecić w oczy, mokre runo odbija refleksy świetlne, które nie pomagają w wyszukiwaniu ewentualnej farby. Praca psa jest jednak równa, ciągnie zdecydowanie do przodu, to utwierdza mnie w przekonaniu że cały czas trzyma się tropu. Przed nami kolejna przeszkoda wodna, tym razem jednak tuż obok tropu leży zwalone drzewo, które pomaga w przeprawie. Po chwili wchodzimy na szeroki dukt leśny na którym, jakiś kilometr dalej na wschód zaczynaliśmy pracę. Droga jest wyjątkowo szeroka, ale jeleń mógłby ją przesadzić, więc nie dziwi mnie fakt, że na błotnistym podłożu nie widzę odbicia tropu, Nuta jednak skręca ostro w prawo i ciągnie linią. Po kilku krokach dochodzimy do sporej kałuży farby i pozostałościach jeleniej sukni, kilkanaście metrów dalej stoi ambona, czyżby nasz byk zakończył tu swój żywot? Zerkam na wyświetlacz, mamy za sobą 2,5 km. Po krótkim nawąchaniu znaleziska Nuta schodzi z duktu i idzie dalej w kierunku, w którym wcześniej podążaliśmy. Praca zaczyna jednak wyglądać chaotycznie, pies niby prowadzi prosto ale co chwila podnosi kufę, rozgląda się dookoła, w końcu dostrzega rudel saren i w zasadzie bardziej zaczyna się interesować kozami niż pracą. Już wiem że zgubiliśmy trop, wcześniej w okolicach kolejki wąskotorowej sarna przedefilowała przed nami nie robiąc na Nucie większego wrażenia. Chcąc nie chcąc wracamy ponad kilometr do ostatnich zaznaczonych kropelek farby. W międzyczasie dostaję telefon od gospodarzy, że prawdopodobnie znajduję się w miocie, który za chwilę będzie brany, muszę więc trochę odczekać ze względu na nasze bezpieczeństwo. Docieram w końcu do ostatniej pewnej farby, odkładam Nutę i zdejmuję z siebie zbędny już polar, po porannym chłodzie nie ma śladu i choć temperatura niewiele wzrosła, jest mi bardzo ciepło, nade mną w ostry słonecznym świetle tańczy obłoczek pary wodnej. Studzę się i analizuję co się stało, dochodzę do wniosku, że byk prawdopodobnie przesadził szeroki dukt i powędrował dalej. Tuż obok miejsca w którym to zrobił, został ubity inny jeleń, Nuta tracąc ciągłość tropu, odbiła do kałuży farby i poprowadziła pod inny trop. W międzyczasie padają strzały, ale są zbyt dalekie aby mogły pochodzić z pobliskiej linii, upewniam się telefonicznie, że jesteśmy bezpieczni i postanawiam naprowadzić Nutę na trop, który zostaje chętnie podjęty. Znowu przechodzimy przez dwa te same rowy i dochodzimy do tego samego miejsca na szerokim dukcie, tym razem jednak Nuta przechodzi prosto przez linię i prowadzi pewnie dalej, zostawiając z prawej strony kałużę posoki. Lekko skręcając w lewo, docieramy niebawem do głębokiego rowu z niewielką ilością wody. Nuta schodzi do lustra i zaczyna prowadzić wzdłuż cieku, kilka razy zatrzymuje się i łapie górą odwiatr z przeciwległego brzegu. Prowadzi jednak dalej aby po przejściu około 150 metrów przeskoczyć na drugą stronę rowu. Wychodzimy ponownie na stary otwarty drzewostan, mijamy przygotowane pod uprawę gniazda i dochodzimy do kolejnego rowu biegnącego wzdłuż ściany lasu, po drugiej stronie mamy już pole i tu następuje dziwne zachowanie, Nuta przeskakuje kilkakrotnie z jednego brzegu na drugi, przechodząc po każdym z nich po kilkanaście metrów. Przy ostatniej przeprawie ja ląduję po kolana w błotku. Wchodzę na brzeg i zerkam na wyświetlacz, jeleń odkąd podjęliśmy pracę zrobił już 4 km, licząc dystans którym podążał za nim Łukasz, 5km, my licząc powrót i powtórne przejście tym samym tropem mamy już za sobą 6 km, wysiłek daje znać o sobie (przynajmniej jeśli chodzi o mnie) po psie nie widać jeszcze żadnym oznak zmęczenia. Nuta nadal prowadzi pewnie wchodząc po kilkuset metrach w błotniste szuwary. Poruszamy się po wydeptanych w błocie wekslach ale nie dostrzegam na nich tropu byka, zaczynam mieć wątpliwości. W końcu ostatnia farba pojawiła się 3 kilometry wcześniej, w błocie którym w tej chwili brniemy nie widzę tropów byka. W tym momencie wychodzimy z szuwarów odbijając ponownie w lewo, zerkam na wyświetlacz nawigacji, przeszliśmy za bykiem już 4,5 km (nie licząc poprawek), zatoczyliśmy ogromną, trochę koślawą literę C. Cały czas podążam za Nutą, jednak zaczynam kalkulować czy warto kontynuować poszukiwania. W końcu podejmuję decyzję, że byk jest prawdopodobnie nie do dojścia, przytrzymuję otok aby zdjąć psa z tropu i w tym momencie… dostrzegam kilkadziesiąt metrów przed nami leżącego jelenia, odpinam obrożę i puszczam Nutę. Piękny byk próbuje jeszcze dźwignąć imponujący wieniec, nie ma już jednak siły się podnieść. Strzał łaski kończy jego cierpienie. Należny ostatni kęs i chwila zadumy, Nuta naładowana energią, której nie mogła dać upustu w gonie, ujada i doskakuje co chwila do byka aby poszarpać suknię, spoglądam na wyświetlacz, byk przemierzył z postrzałem na żołądek, od momentu rozpoczęcia przez nas poszukiwań, bite 5 kilometrów. Jeszcze raz dokładnie przyglądam się jeleniowi, ma stary ale jeszcze nie zagojony uraz rapcia, poroże jest piękne, szczególnie lewa rozbudowana korona robi niesamowite wrażenie, długie białe groty kontrastują z ciemną barwą wieńca. Spoglądam na zegarek, jest już prawie czternasta, praca trwała 5 godzin i niewiele brakowało abym swoją decyzją zniweczył cały ten wysiłek. Prawdopodobnie, gdyby Łukasz z Docentem nie pracował przy kolejnych postrzałkach, znacznie wcześniej zrezygnowałbym z dochodzenia naszego byka. Być może byłaby to moja decyzja a być może decyzja prowadzących polowanie, proszących o odszukanie innego, „pewniejszego” postrzałka. Na szczęście mieliśmy komfortową sytuację, wynikającą z wzajemnego zaufania, wiedzieliśmy że każdy z nas dobrze wykonuje swoją robotę. No i najważniejszy wniosek płynący, z całej tej historii, jeszcze raz okazało się, że to posokowiec miał rację a nie jego przewodnik.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s