Spacer w trzcinach :)

 

Śnieg jest sprzymierzeńcem myśliwego, pomaga otropić zwierzynę, pomaga ją dostrzec, pomaga też po strzale gdy trzeba podążać tropem postrzałka. Czasami jednak przychodzi pracować posokowcowi i po białej stopie.  Wieczorem dostajemy wiadomość, że jest postrzelony dzik prawdopodobnie wysoka komora, ale poszedł w trzciny i nie można go odszukać. Na miejscu jesteśmy rano, nocne poszukiwania w takich warunkach nie wchodzą w grę. Zabieram ze sobą Nutę i Galę, jeśli zestrzał będzie jednoznacznie wskazywał strzał komorowy popracuje młoda w innym przypadku na trop pójdzie Nuta.  Od strzału minęło 14 godzin na zestrzale trochę ciemnej farby, spory kawałek twardego tłuszczu i drobinka rozgniecionego ziarna kukurydzy, Gala zostaje więc  w samochodzie, my z Nutą zaczynamy pracę od miejsca w którym skończono poszukiwania poprzedniego wieczoru.  Początkowo dużo farby, dzik wraz z resztą watahy kluczy po trzcinowisku, z którego co chwila z głośnym furkotem rwą się bażanty. Przemierzamy zarośnięty trzciną staw hodowlany, poruszając się wydeptaną przez zwierzynę siecią korytarzy, na szczęście odwilż dobrała się tylko do śniegu, grunt nadal jest twardy. W końcu wychodzimy na groblę, Garmin pokazuje, że mamy za sobą prawie 2 km, postrzałek z resztą watahy przechodzi przez rozmarznięty już rów i wchodzi na zamarzniętą jeszcze taflę stawu.  Mamy przed sobą jakieś trzysta metrów komfortowego spaceru zanim wejdziemy w następne trzciny.  Drogę uchodzących dzików znaczą pojedyncze krople farby pojawiające się co kilkanaście, kilkadziesiąt metrów.  Za chwilę znowu wchodzimy w trzciny i po kilkudziesięciu  metrach trafiamy na duży barłóg, jest też niewielka ilość farby.  Nuta zaczyna kluczyć kilkakrotnie wraca do łoża i próbuje wypracować  trop postrzałka, w końcu trafia do korytarza w którym po kilku metrach widzę kroplę farby.  Za chwilę wychodzimy na lód i idziemy kilkadziesiąt metrów wzdłuż sitowia, nagle Nuta łapie górny wiatr i ciągnie do środka, równocześnie słyszę kolegę asystującego nam na grobli, że z góry widzi dziki, które uchodzą pasem trzcin. Wchodzę do środka, Nuta ciągnie po gorącym tropie, kropla farby potwierdza, że razem z resztą watahy idzie nasz postrzałek. Dalsza praca na otoku nie ma sensu, puszczam Nutę w gon.  Wdrapuję się na groblę i zerkam na Garmina. Nuta stoi w miejscu 300 metrów od nas i 50 metrów od ruchliwej drogi. Podchodzimy na 160 metrów, z tej odległości słychać już szczekanie. Decydujemy, że kolega pójdzie po grobli biegnącej między trzcinowiskiem a szosą, ja schodzę na dół. Zerkam na Garmina i widzę, że Nuta wraca, słyszę już jej szczekanie z odległości kilkudziesięciu metrów, zatrzymuje się jakieś 30 metrów przede mną i już w miejscu głosi. Pas trzcin ma tu tylko jakieś 40 metrów szerokości, wychodzę więc na lód i zachodzę stanowionego dzika od zawietrznej. Podchodzę na 15 kroków  idąc po granicy trzcin i słyszę już oprócz szczekania Nuty odgłos łamanego sitowia, widzę tańczące końcówki pałki wodnej, ale nie ma żadnej luki, żeby oddać ewentualny strzał. Po około 10 minutach dreptania po kilka kroków to w jedną, to w drugą stronę zamieszanie w trzcinach ewidentnie słabnie. Dostrzegam pomarańczową obroże głoszącej już w jednym miejscu Nuty. Wchodzę w trzciny starając się narobić jak najmniej hałasu, docieram na skraj wydeptanego gniazda, na brzegu którego głosi Nuta zwrócona w stronę kopca z połamanych trzcin. Nieco ponad krawędź barłogu wystaje wierzchołek dziczego łba. Kładę kropkę kolimatora najniżej jak się da i pociągam za spust. Dzik jest już nasz, Nuta wyładowuje jeszcze na nim nagromadzone emocje, ja pstrykam pamiątkowe fotki, nagradzam psa, wzywam kolegę i nagle widzę, że znieruchomiały do tej pory dzik ma zamiar się pozbierać. Drugim strzałem osadzam go z powrotem na miejscu, kończąc ostatecznie poszukiwania. Okazało się że dzik postrzelony był na żołądek a ja pierwszym strzałem trafiłem na pióra tuż za czaszką. Praca na otoku na dystansie 2,5 km z tego co najmniej 2 km po trzcinach , gon około 500 metrów, stanowienie w sumie 20 minut. Praca w dosyć ciężkim terenie o czym mogą świadczyć zgubiona muszka światłowodowa, urwany bączek na końcu lufy i oderwany ostatni metr otoku, który był w innym kolorze (klej i nity nie wytrzymały). Najważniejsze, że postrzałek odszukany a my cali i zdrowi.

Reklamy